Turniej w Stahleck, jak Polacy Niemców zawojowali.

2012-01-08 17:10:41


StahleckRaz do roku, w niemieckim zamku Stahleck ma miejsce niezwykłe wydarzenie. Na jeden listopadowy weekend zjeżdżają do niego setki osób z całego kontynentu, aby zmierzyć się z innymi graczami europejskimi w swoją ulubioną grę karcianą na Europejskich Mistrzostwach LCG (Żywych Gier Karcianych) spod znaku Fantasy Flight Games. I już drugi rok z rzędu na tej imprezie można wziąć udział w turnieju w „Warhammera: Inwazję” - najnowszą karciankę z wydawnictwa FFG. Od premiery w 2009 roku ta gra cieszy się niesłabnącym powodzeniem i wciąż zdobywa nowych fanów. Polskie środowisko graczy w „Warhammera: Inwazję” zadecydowało, że tym razem już absolutnie nie może tam zabraknąć naszej reprezentacji.

Łącznie było nas ośmioro: pięcioro z nas wyjechało samochodem z Wrocławia w piątek rano, a na miejscu mieliśmy spotkać się z pozostałą trójką, która swoją trasę z Gdańska pokonała w nocy i już od wczesnego przedpołudnia czekali na nas w zamku.
Technicznie podróż nie była trudna – kwestia wyjechania na autostradę, przejechania nią całych Niemiec wszerz i zjazdu aż za Frankfurtem. Tam wciąż do celu wiodła nas prosta droga wzdłuż Renu, a problem pojawił się dopiero, kiedy po 17:00 dojechaliśmy do Bacharach, nad którym górował Stahleck. Zresztą – nie jako jedyny, bowiem niemal każde wzgórze w tej okolicy miało swój zamek bądź jego ruiny.

Problemem owym stało się trafienie na teren turnieju. Miasteczko po zmierzchu było bardzo ciche, jakby wyludnione, a pojedyncze jednostki, które napotykaliśmy na drodze, niestety nie mówiły po angielsku, a przez to były niezbyt pomocne. Znaki wskazujące kierunek do zamku były wyryte na drewnianych tabliczkach, których podświetleniem się nie kłopotano, więc ciężko było je dostrzec w ciemności.

Widzieliśmy zarys budowli u stóp wzniesienia, a właściwej drogi do niej szukaliśmy przeszło kwadrans. Dodatkowym utrudnieniem okazało się to, że zamek zasłonięty był przez skały, a przez to wejście na jego teren było praktycznie niewidoczne z nieoświetlonego szlaku na szczyt wzgórza. Na szczęście, nawet to opóźnienie nie przeszkodziło nam w pojawieniu się na miejscu o zaplanowanym czasie.

Zamek wywarł na nas świetne wrażenie: pięknie zachowana gotycka budowla, okazała się być w całości przeznaczona na centrum młodzieżowe. Były tam organizowane rozmaite imprezy, zielone szkoły, a w wakacje rodziny z dziećmi przyjeżdżały do niego na rekreacyjne wypady za miasto.

Wnętrza urządzone były bardzo współcześnie. Jedynie stylizowana na średniowieczną (a może oryginalnie zachowana?) sala rycerska z długimi ławami i dużym kominkiem oraz stojące tu i ówdzie zbroje i manekiny w strojach z epoki, przywoływały klimat średniowiecza. Pozostałe pomieszczenia wyposażone były wygodnie i praktycznie, ale zdecydowanie bardziej przywodziły na myśl budynek agroturystyczny niż średniowieczny zamek.

Zameldowani (ośmioosobowy pokój z piętrowymi łóżkami dzieliliśmy z Michałem „Mamutem” Bieregiem z Gdańska oraz dwoma Niemcami) i częściowo rozpakowani, mogliśmy w końcu zjeść kolację, odetchnąć po długiej podróży i przywitać się ze znajomymi z Gdańska. Mieliśmy też przyjemność poznać graczy z Włoch, z którymi chwilę wymienialiśmy doświadczenia dotyczące reguł i organizacji turniejów.

Tego wieczoru organizowany był pierwszy miniturniej Mistrzostw: Highlander. Zasady nieco różniły się od polskich, albowiem talia składać się miała ze stu kart zamiast pięćdziesięciu, dozwolone także było mieszanie kart Porządku i Zniszczenia. Nadal jednak obowiązywała reguła, według której w talii mogła znajdować się wyłącznie jedna kopia danej karty.
Highlander nie cieszył się zbyt dużą popularnością – zgłosiło się bowiem tylko ośmioro graczy, w tym Przemysław „Przemo” Zub z Wrocławia, zdobywca pierwszego miejsca w Regionalnych Mistrzostwach „Warhammera: Inwazji” w Pradze i w Polsce, oraz ja. Graliśmy na stołówce, na której wcześniej serwowana była kolacja. Bardzo rozczarował mnie rozgardiasz, który panował w trakcie gry: poszczególne mecze, mimo odgórnie ustalonych ram czasowych, przedłużały się, a organizator zdawał się podchodzić do swoich obowiązków bardzo swobodnie. Chaos panujący w trakcie tego turnieju zrzucałam jednak na karb późnej godziny oraz tego, że miała to być właściwie tylko rozgrzewka przed odbywającą się nazajutrz walką o tytuł Mistrza Europy.

Zajęłam w tych rozgrywkach pierwsze miejsce, dostając jedyną nagrodę przypisaną do turnieju – przesłane przez FFG tekturowe pudełko na karty opatrzone ilustracjami z gry.

Drugi dzień zapowiadał się intensywniej: po śniadaniu rozegranie Mistrzostw Europy z przerwą zaplanowaną na czas obiadu, później kontynuacja i krótka przerwa, po której miał mieć miejsce jeszcze turniej w systemie Driver, not a Car.

Już w trakcie zapisów na turniej główny okazało się, jak słabo został on przygotowany przez organizatorów: poza koordynatorem, tą samą osobą, która dzień wcześniej zajmowała się Highlanderem, nie było nikogo innego, kto mógłby nadzorować rozgrywki. Ostatecznie na sędziów zostali wybrani: Adrian „Darker” Szade z Wrocławia – sędzia główny Mistrzostw Polski oraz jeden z najbardziej poważanych włoskich graczy.

Poza tym, chociaż Stahleck był ogromny, wszystkie sale zbiorowe zostały przeznaczone na mistrzostwa innych gier, więc okazało się, że nie tylko Highlinder, ale i pozostałe turnieje „Warhammera: Inwazji” będą rozgrywane w stołówce. Nie była ona zbyt dokładnie sprzątana po posiłkach, więc każdy gracz musiał dbać o to, aby nie zabrudzić sobie kart kawałkami makaronu czy sosem.

Ku zdziwieniu naszej grupy, w trakcie rejestracji uczestników okazało się także, że w turnieju będą brały udział jedynie 32 osoby. To znacznie mniej niż na tegorocznych Mistrzostwach Polski, na które zapisało się prawie 70 graczy.

Zaskakujące było również to, że zaledwie trzech graczy przyjechało z samych Niemiec i jeden z Austrii. W dodatku nie pochodzili oni z pobliskiego Frankfurtu, a z Hamburga. Najliczniejszą reprezentację miały Włochy (dziesięciu graczy) i Polska. Pozostałe osoby były między innymi z Portugalii, Francji i Holandii.

Turniej składał się z czterech etapów: 6-cio rundowe eliminacje, top 16, top 8, top 4, w której każdy walczył z każdym, a ostatecznie finał, w którym rozgrywany był mecz o pierwsze miejsce.
Najwięcej graczy wybrało Imperium, jako swoją stolicę. Była ona tak popularna, że wszyscy, którzy weszli do top 16 ze stolicą inną, niż imperialna, otrzymywali specjalne nagrody, a jedynymi osobami, które przeszły eliminacje, nie grając Imperium, byli Polacy. Przeszło nas do następnego etapu siedmioro (mnie, jako jedynej, nie udało się zakwalifikować wyżej). Awansowali również Włosi oraz, jedyny w turnieju, Francuz.

Do finału zakwalifikowało się dwóch Polaków, Włoch i Francuz. Emocje sięgnęły zenitu, kiedy okazało się, że o pierwsze miejsce stoczona zostanie walka pomiędzy Gdańskiem a Wrocławiem, a obaj gracze mieli bliźniacze talie na krasnoludzkiej stolicy. Francuz zajął czwarte miejsce, Włoch trzecie, „Mamut” został Wicemistrzem Europy, natomiast mistrzostwo zdobył Jakub „Jaszczur” Serafin, kolejny autorytet tej gry karcianej z licznymi sukcesami, mieszkający we Wrocławiu.

Główną nagrodą w turnieju była możliwość zaprojektowania własnej karty dla dowolnej frakcji, która zostanie później wydrukowana i umieszczona w jednym z nadchodzących dodatków bitewnych. Poza tym dla całego top 16 zostały przygotowane nagrody w postaci gier planszowych oraz gadżetów związanych z karcianką.

Nagrody były jedną z tych rzeczy, na które absolutnie nie można było narzekać. Rynek gier planszowych w Niemczech jest jednym z najlepiej rozwiniętych na świecie, więc nagród rzeczowych było mnóstwo, począwszy od sztandarowych produktów FFG, aż do perełek, których nie sposób byłoby spotkać w polskim sklepie z grami. Do tego organizatorzy zamówili z wydawnictwa maty, pudełka na karty, naszywki i przypinki z ilustracjami z „Warhammera: Inwazji” oraz wiele kompletów koszulek na karty z nadrukami. W każdym turnieju (poza Highlanderem), blisko połowa uczestników mogła liczyć na wartościową nagrodę.

Kiedy emocje po głównych rozgrywkach nieco opadły, nadszedł czas na kolejny zaplanowany punkt programu: Driver, not a Car. W tym systemie każdy z uczestników musiał przygotować talię liczącą dokładnie 60 kart. Ideą było wyłonienie najbardziej doświadczonego gracza, ponieważ przygotowana wcześniej talia, wraz ze stolicą oraz listą kart w niej użytych, oddawana była organizatorowi. Każdy mecz to było losowanie nowej talii, którą należało go rozegrać. Nie można było grać talią swoją, ani drugi raz talią tej samej osoby. Gracz zdobywał punkty w dwojaki sposób: klasycznie, czyli za wygrany mecz, a także wówczas, kiedy jego talia przyniosła zwycięstwo innemu uczestnikowi.

Niestety – poziomu talii absolutnie nie można było nazwać wyrównanym. Pojawiła się talia, będąca nieudolną kopią tej, która przyniosła wcześniej zwycięstwo Jaszczurowi, z tym, że bez kluczowych kart. Dwie inne z kolei nie dość, że były zbudowane na stolicach Wysokich Elfów, czyli wówczas jednej z najmniej popularnych ras, a co za tym idzie – z wieloma mało znanymi kartami, to jeszcze karty w tych taliach były po portugalsku oraz włosku. Właściciele tych oraz podobnych talii zajęli ostatnie miejsca. Również tutaj zwycięzcą został wrocławski gracz – Grzegorz „Bonq” Bąk.

Turniej zakończył się bardzo późno i pozostawało nam około siedmiu godzin do rozpoczęcia ostatniej, przygotowanej na ten weekend atrakcji. Biorąc pod uwagę długą podróż oraz niewyspanie z poprzedniej nocy, było to bardzo niewiele czasu, żeby zregenerować siły i zdążyć rano na śniadanie.

Z tego powodu zagadką było dla mnie to, w jaki sposób przez te trzy dni funkcjonował organizator naszych zawodów. Dzielił z nami pokój, lecz praktycznie go w nim nie widywaliśmy: po zakończeniu ostatniego w danym dniu turnieju znikał gdzieś bardzo szybko, wracał do pokoju już po tym, jak wszyscy zasnęliśmy, natomiast budził się na kwadrans przed porannymi rozgrywkami.

Nations Cup był turniejem drużynowym, który został zaplanowany na niedzielny poranek. Mogły w nim wziąć udział 3-4 osobowe zespoły z poszczególnych krajów. Na szczęście nie było to istotną regułą, więc bez problemu moja drużyna mogła składać się z dwojga Polaków i Francuza. Poza nami, było też kilka innych grup z mieszaną narodowością.
Każda drużyna miała przygotować sześć talii – po jednej na każdą ze stolic. Mecz składał się z dwóch rund: w pierwszej musieliśmy wybrać trzy stolice, na których będziemy grać, na zmianę z przeciwnikiem. Graliśmy do jednej wygranej, a później następowała druga runda, w której należało grać taliami niewykorzystanymi poprzednio. W efekcie każdy członek drużyny trzyosobowej rozgrywał dwie partie na dwóch różnych stolicach. Tutaj również zwycięstwo odnieśli Polacy: pierwsze miejsce zdobyła drużyna w składzie: „Darker”, „Przemo”, „Jaszczur”, drugie miejsce zajęli Niemcy, natomiast ostatnie miejsce na podium wywalczyła francusko-polska drużyna: „Bonq”, Jérôme „Budmilka” Vercouter, czyli Francuz, który zajął czwarte miejsce na Mistrzostwach Europy, oraz ja.

Po oficjalnym zakończeniu imprezy mogliśmy w końcu odetchnąć. Wymienialiśmy się kartami polskimi na te opisane innymi językami, zbieraliśmy kontakty do graczy z innych krajów, a w końcu żegnaliśmy się z nimi, planując jednocześnie, jak spędzimy popołudnie. Grupa z Gdańska również wyjeżdżała, natomiast my zostawaliśmy w zamku na kolejną noc. W końcu mieliśmy czas, żeby zobaczyć, jak Bacharach wygląda w ciągu dnia.

Okazało się, że miasteczko nawet wczesnym popołudniem jest senne i bardzo ciche. Wszystkie sklepy, które mijaliśmy po drodze, były nieczynne, tak samo restauracje. Po drodze spotykaliśmy również niewielu innych spacerowiczów. Dopiero następnego dnia dowiedzieliśmy się, że dla tej turystyczno-winiarskiej miejscowości listopad jest miesiącem urlopowym, ze względu na to, że wówczas przyjeżdża tam najmniej turystów. A są oni, zaraz obok lokalnego wina, głównym źródłem utrzymania mieszkańców. I rzeczywiście – prywatne winiarnie przeplatały się z małymi hotelikami i sklepami z pamiątkami. Tu i ówdzie można było dostać lokalne rękodzieło. Niestety, na większości z tych sklepików widniała informacja o urlopie. Z zakupem wina było łatwiej – wystarczyło zadzwonić do mieszkania nad winiarnią i poczekać, aż zejdzie do nas właściciel w kapciach, otworzy winiarnię, pomoże wybrać wino, po czym zamknie za nami drzwi i wróci do domu.

Bacharach opuszczaliśmy nazajutrz w okolicach południa. Nad Renem wciąż unosiła się jeszcze gęsta, poranna mgła, ruch na ulicach był niewielki, a my w końcu wyspani. Nie bez trudu zapakowaliśmy do bagażnika wszystkie gry, które wygraliśmy przez ten weekend. Czekała nas ośmiogodzinna podróż autostradą do Wrocławia.

 

autor: Damantris

Warhammer-inwazja.pl 2018, Designed by Vasquez & sboja