Co tam Panie w Ameryce?

2013-02-27 13:01:55


Co tam Panie w Ameryce?

Chińczyki trzymają się mocno. Nadszedł czas na opisanie, spóźnione naturalnie, jak to było w Zjednoczonych Stanach podczas FFG World Championship Weekend. O ile o samym turnieju nie ma co pisać zbyt dużo, bowiem był głównie źródłem rozgoryczenia jak i frustracji, to o samym kraju Jankesów warto wspomnieć.

 

 

Do USA wyleciałem w czwartek o godzinie 8 rano, z lotniska im. Frderyka Chopina w Warszawie. Dwugodzinna podróż do stolicy kraju wiatraków i tulipanów, tam kolejne dwie godziny czekania, Bogu dzięki za stworzenie sieci Wi-Fi w miejscach publicznych, a następnie odprawa Delta Airlines.Tutaj na sekundę się zatrzymam. Amerykanie to cudowny naród, uwielbiają rozmawiać i chętnie wysłuchają co masz im do powiedzenia na swój temat. Pierwszego wywiadu możesz udzielić w ambasadzie, co akurat jest zrozumiałe, drugi odbywa się przed wejściem do samolotu, bo przecież po co w ogóle masz lecieć jak jesteś terrorystą, bandytą (z akcentem na "ba")? Ostatnia rozmowa to odprawa graniczna już tam - w USA :). Ja jak głupi uparcie powtarzałem, że jadę na rozgrywki w strategiczną grę karcianą "Warhammer:Inwazja", słowa "gra", "karciana" były puszczane mimo uszu, "strategiczna" wywoływało lekkie zainteresowanie, natomiast jednoczesne połączenie "War", "Hammer" oraz "Inwazja" dawało reakcję podobną do wejścia Obłędu 88 w Kill Billu - KLIK (uwaga, krew się leje). Przelot z Europy zajmuje około 10 godzin, z powrotem 7. Samoloty interkontynentalne służą wyższym standardem niż ich mniejsi koledzy z Ryan/Wizz air, przez co czas leci szybko z racji na olbrzymi zasób seriali oraz filmów.

W Minneapolis, na lotnisku im. św. Pawła wylądowałem o godzinie 12 czasu lokalnego, oczywiście również w czwartek. Zmiana czasu dawała niesamowite wrażenie, ot chce Ci się spać koło 15, a budzisz się o 4 rano wyspany i rześki z ochotą raczej na obiad niż śniadanie. Na lotnisku czekał na mnie malowniczy jegomość z niebieskimi włosami lecz miał kartkę "Michał Miszczuk, Fantasy Flight Games", tak więc nieważne jak wyglądał spełnił jedno z moich marzeń i wszystkie grzechy zostały odpuszczone. Przejazd na miejsce, zakwaterowanie do hotelu, zaczynamy imprezę, znaczy się reszta zaczęła, ja miałem zagrać dopiero w niedziele. Duża ilość czasu pozwoliła mi na zwiedzenie okolicy, rozmowy z Amerykanami, zjedzenie paru stejków, a także na obserwowanie pozostałych rozgrywek. Przyszła ta pamiętna niedziela, którą potem chciałem jak najszybciej wywalić ze swojej głowy. Do "turnieju" zapisało się dwadzieścia parę osób, tego akurat można się było spodziewać. Organizatorzy ogłosili iż odbędą się 4 rundy, pierwszy nonsens, z czego wyjdzie top 4, przy 4 rundach to kolejny nonsens, a tak poza tym to mistrzowie "narodowi" to jak Hiszpan, Niemiec i ja otrzymują w pierwszej rundzie BYE czyli darmowe zwycięstwo - super? Nie bardzo. Po pierwsze nie po to jechaliśmy/lecieliśmy tysiące kilometrów żeby nie grać. Po rozegraniu 4 rund miałem bilans 3 zwycięstw  i jedną porażkę. Okazało się że na miejscach od 3 do 8 wszyscy zawodnicy mają po 9 punktów, a dalej przechodzi przecież tylko 4. Tak zwanym drugim tie-breakerem były punkty Twoich przeciwników - sumowane są punkty graczy z którymi się grało i w ten sposób rozstrzyga o remisie. W tej sytuacji o wejściu do top4 decydował de facto komputer, bowiem od niego zależało jak wyglądały pary w rundzie 2,3,4. Suma summarum, wygrałem 3 mecze i byłem niżej od ludzi którzy też wygrali 3 mecze jednak ich przeciwnicy raczyli coś tam wygrać, a ludzie z którymi ja grałem nie ugrali nic. Mam nadzieję że jest to jakoś tam zrozumiałe, jednak bądź co bądź patrząc na bilans gier jestem na 3 miejscu na świecie, wraz z 5 innymi osobami :P! Chwila rozpaczy, jednak parę rozmów i smsów od kibicującej z PL Inki poprawiły nastrój na tyle iż zrezygnowałem z pomysłu topienia się w słynnej Mississippi, podobnie brać warhammerowa w Polsce przyznała iż turniej był zorganizowany na kolanie i w sumie nie ma co się przejmować. Czy w takim razie wylot do Stanów był stratą czasu? Broń Boże!

Zazwyczaj lekko, a nawet bardzo podśmiewałem się z ludzi, którzy wracali z Ameryki i byli zafascynowani tamtejszym światem, wydawały mi się dziwne ochy i achy po spędzeniu tam zaledwie paru miesięcy. Wyjdę na ultra neofitę jednak nawet po paru dniach spędzonych w Minnesocie, która jest raczej prowincjonalnym stanem, byłem w stanie zauważyć niesamowitą wręcz różnicę. Nie tylko w samym kraju, lecz mentalności ludzi, nie tylko w porównaniu z Polską, lecz całą Europą. Nie będę pisał o infrastrukturze, cenach paliwa, a co za nimi idzie samochodach z odpowiednią, właściwą pojemnością silnika. Po co gadać o wieżowcach, produktach na półkach albo rozgrywkach sportowych w dziesiątkach narodowych lig. Wszystko to znacie przecież z filmów. Wspomnę jedynie o ludziach, którzy wywołują najlepsze wrażenie. Amerykanie, których miałem przyjemność poznać są istnym uosobieniem życzliwości i otwarcia, są dociekliwi i żywo zainteresowani rozmową. "Skąd jesteś? Z Polski? Great! Pierwszy raz w Stanach? Byłem kiedyś w Warszawie..." i tak z każdym czy to koleś od FFG czy też barman w restauracji, albo taksówkarz Somalijczyk, tłumaczący na wzór Etiopczyków iż on nie jest z Afryki, a z Somalii. Oprócz tego ludzie ci są straszliwie pomocni, pewna pani w sklepie nie miała na stanie przejściówki do kontaktu, zadzwoniła więc przy kasie do męża, ten wytłumaczył jej drogę do innego sklepu elektronicznego, a ona przełożyła to potem dla mnie na mapach google. Gdzie coś takiego w Europie? Byłoby "nie ma" i do widzenia. Skąd to się bierze? Niestety właśnie z tego o czym miałem nie pisać, z dostatku. Z tego że litr benzyny (tak trochę mniej oktanów) kosztował koło 1 euro (co wywołało łzy w oczach Niemców), z pensji minimalnych na poziomie średnio zamożnego Polaka oraz cen porównywalnych do naszych. Do sklepu wchodzi Amerykanin, jak się potem dowiedziałem pracuje w komisie z telefonami komórkowymi i od ręki kupuje trzy zestawy podstawowe do Netrunnera, koszulki na karty i ostatni dodatek do Warhammera, ot tak bo go stać. W przełożeniu na nasze wydał właśnie około 450 zł...

Ludzie Ci w 100% zrekompensowali nieudany turniej, obalili mit grubego, głupiego Amerykanina siedzącego w McDonaldzie - oczywiście są tacy ale to podobno głownie w Nowym Jorku. Co ciekawe ciężko mówić o Amerykanach jako identycznych, to tak jakby Hiszpana i Fina nazwać Europejczykami i udawać że są tacy sami. Rzadko zdarza się nam traktować ludzi zza Wielkiej Wody z racji na stany w których mieszkają, a tak powinno być. Ludzie którzy przyjechali na mistrzostwa do Minnesoty z Wyoming traktowali tę podróż jak wyprawę do innego kraju.

 

Wyjazd do Stanów był niezapomnianym doświadczeniem, podobnie jak pobyt Justyny w Kanadzie. Tamten świat jest inny, nie wiem czy lepszy czy gorszy, inny jest w tym przypadku odpowiednim słowem. Mam nadzieję że uda nam się jak najszybciej odwiedzić USA raz jeszcze. Na dłużej. Wynająć samochód w Georgii i oddać w Oregonie - podobna podróż jest marzeniem również większości Amerykanów. Na koniec należy oddać honory i pogratulować, Mistrzem Świata w WH:I został Jeremy Zwirm, który tego samego dnia wygrał również mistrzostwa w Netrunnera, brawo!

autor: Deer Dance

Warhammer-inwazja.pl 2017, Designed by Vasquez & sboja